O autorze
Od architektury domów do architektury informacji. Byłem architektem awangardowym, grafikiem, pisałem do Playboya… aż pewnego razu wraz z Markiem Kościkiewiczem wymyśliliśmy magazyn popkulturalny Machina. Ach, Machina. Byłem jej naczelnym i art-directorem. Zrobiliśmy dużo fajnych rzeczy – teksty popularyzowały sztukę, dawały wytchnienie w popie, grafika była wspaniała, do pisma dodawaliśmy kiełbasę albo CD z własnymi składankami. Byliśmy subiektywni. W Machine zaczął się Internet. Był 1998 rok. Papier nie miał w sobie przyszłości. Zrobiłem pierwszą w Polsce gazetę w Internecie i sprzedałem ten pomysł Tomkowi Kolbuszowi z Onetu. A w 2000 roku zostałem architektem portalu Onet.pl. Odpowiadałem za całe projektowanie, grafikę, architekturę informacji, pomysły serwisów. Tak zbudowaliśmy wygląd polskiego Internetu. Będzie więc o projektowaniu jako filozofii tworzenia rzeczy, które działają – psychologii, edukacji, prawie, wojnie i polityce. Dla moich 3 synów i mądrej córki.

Miłość do potworów, nienawiść do ludzi

Zdarzyło mi się zetknąć z wezwaniem kościoła katolickiego do powstrzymania się przed uprawianiem bezbożnych rytuałów zwanych Halloween. Za szczególnie naganne kościół uznał przedstawienia śmierci (zombi) oraz sam fakt pogańskiej (?) natury owych obrzędów.


Rozmawiałem ostatnio z moją córką o Halloween i opowiedziała mi ona o jej osobistym doświadczeniu. Lat temu kilka, gdy wiek jej uznać można było za dziecięcy, wraz z jej podobną dziatwą przebierały się za potwory. Śmiechu i zabawy mnóstwo, potwory oswojone i przerobione na monstra przyjazne. Złe sny dziecięce obrócone w żart i pozbawione grozy.
Dodatkiem, a w zasadzie główną atrakcją były cukierki. Słodycze dawane przez sąsiadów bandzie dzieci chodzącej od domu do domu. Rzecz działa się w podwarszawskiej miejscowości, o starych tradycjach podmiejskich, lecz, jak się wydawało, wsią zapadłą niebędącą.
Dla córki chwila była ważna, zabawa nowa i ekscytująca, reakcja ludzi otwierających drzwi przebranej bandzie zombi przyjazna i zabawna. Wszyscy cukierki dawali. Nie to, że owe cukierki jakieś smaczne były. Głównie chodziło o kontakt, zabawę, psotę i aprobatę dla dnia niepoważnego.



A w roku następnym wszystkie drzwi zamknięte.
Ludzie wrodzy, odganiający dzieci. Bez cukierków, a z naganą i pogardą w głosach. Inni zakłopotani, ale obcy. Dyń nie ma. Świateł nie ma.
Dzieci rozczarowane, święto zepsute. Stroje niepotrzebne. Oczekiwanie zmarnowane. Więcej Halloween nie będzie.

Po poprzednim, udanym festynie ksiądz proboszcz przeszedł się po owieczkach. Grzech wytknął. Odrażające rytuały nazwał satanistycznymi i konsekwencjami zagroził. Konkurencji w zabobonach nie zniósł. To i ludzie ową dziwną etykę przyjęli, bo na religii państwowej wychowani, odruchy mają i ostracyzmu się boją.

To jest wspomnienie mojej córki z Halloween w naszej miejscowości.
W imię Boga zakrwawionego, zamęczonego, wykręconego.
Miłość do potworów zamieniono na nienawiść do ludzi.
Trwa ładowanie komentarzy...