O autorze
Od architektury domów do architektury informacji. Byłem architektem awangardowym, grafikiem, pisałem do Playboya… aż pewnego razu wraz z Markiem Kościkiewiczem wymyśliliśmy magazyn popkulturalny Machina. Ach, Machina. Byłem jej naczelnym i art-directorem. Zrobiliśmy dużo fajnych rzeczy – teksty popularyzowały sztukę, dawały wytchnienie w popie, grafika była wspaniała, do pisma dodawaliśmy kiełbasę albo CD z własnymi składankami. Byliśmy subiektywni. W Machine zaczął się Internet. Był 1998 rok. Papier nie miał w sobie przyszłości. Zrobiłem pierwszą w Polsce gazetę w Internecie i sprzedałem ten pomysł Tomkowi Kolbuszowi z Onetu. A w 2000 roku zostałem architektem portalu Onet.pl. Odpowiadałem za całe projektowanie, grafikę, architekturę informacji, pomysły serwisów. Tak zbudowaliśmy wygląd polskiego Internetu. Będzie więc o projektowaniu jako filozofii tworzenia rzeczy, które działają – psychologii, edukacji, prawie, wojnie i polityce. Dla moich 3 synów i mądrej córki.

Czy prawo autorskie wspomaga kreatywność?

Anna Stuart - królowa Anglii i Szkocji i Irlandii – wprowadziła w 1705 r. pierwsze prawo „copyrightu” skierowane, o ironio, przeciw samowoli i arogancji londyńskich wydawców książek z Fleet Street.
Anna Stuart - królowa Anglii i Szkocji i Irlandii – wprowadziła w 1705 r. pierwsze prawo „copyrightu” skierowane, o ironio, przeciw samowoli i arogancji londyńskich wydawców książek z Fleet Street. Wikimedia Commons
Wspomniane ostatnio dość często niemiecko-duńskie badania na temat wpływu zamknięcia wielkiego serwisu pirackiego Megaupload na frekwencję w kinach nie dają wyraźnych wyników. Dla większości filmów zanotowano spadek liczby sprzedanych biletów. Dla najbardziej popularnych filmów nastąpił wzrost. Co to naprawdę znaczy?

Ważne jest dopiero spostrzeżenie, że oddziaływanie Megaupload na kina było w każdym przypadku bardzo nieznaczne, a czasami na granicy błędu.
Posiadacze „praw własności” intelektualnej zakrzykną, że dane nie oddają rzeczywistości. Zwolennicy piractwa zaś, że to piraci chodzą do kin, wbrew propagandzie tych pierwszych.



Czy prawo autorskie ma znaczenie?
Ja zaś widzę coś jeszcze innego. Prawo autorskie jest bez znaczenia. Jeżeli zniknięcie serwisu obsługującego setki milionów miłośników kina nie ma istotnego wpływu na sprzedaż w kinach, to może obie strony walczą ze sobą za pomocą nieprawdziwych argumentów, zmyśleń i zdroworozsądkowych spostrzeżeń.
A ze zdrowym rozsądkiem jest tak, ze jak się nim posługujesz w rozumieniu świata – to na pewno się mylisz. Na przykład ludzie myśleli, że ziemia jest płaska, słońce krąży wokół ziemi, a gwiazdozbiory to grupy blisko leżących gwiazd. Wracając do prawa autorskiego...

Wspomaganie twórczości?
Podstawowa teza, która jest najczęstszym moralnym uzasadnieniem istnienia prawa autorskiego to wspomaganie twórczości. Proste rozumowanie: jak dostarczymy pieniędzy za twórczość, to twórcy będą tworzyć. Dla dobra społeczeństwa. Takie uzasadnienie na przykład jest zapisane w konstytucji USA – wpisane tam jeszcze w XVIII wieku. Jest to także główna teza podawana przez sprzedawców sztuki artystom, tak by poparli prawo do monopolu.

Problem w tym, że owa wczesna decyzja ojców założycieli narodu amerykańskiego była zdroworozsądkowa. Stała się od tego czasu prawdą powszechnie i bezkrytycznie przyjętą – mimo braku przekonywujących dowodów, że tak jest naprawdę. Na dodatek możemy znaleźć przykłady popierające każdą z tez, a zawsze odnoszące się do specyficznych fragmentów i czasu rozwoju „przemysłu copyright” – o nikłej wartości ogólnej.

A przecież artyści i wynalazcy funkcjonowali wcześniej przy znacznie ograniczonych prawach. Kraje, które nie chroniły mocno monopolu twórczego jak USA w XIX wieku czy Chiny w wieku XXI rozwijają się bardzo szybko i bardzo szybko dokładają się to puli twórczości ludzkości. Najbardziej twórcze okresy cywilizacji Zachodu, lata 1880-1925 przypadają na okres formowania się mocnego prawa autorskiego i można zaryzykować stwierdzenie, że ta siła twórcza oklapła po ich wprowadzeniu. Nie sugeruję jednak teraz związku przyczynowo skutkowego – raczej korelację między strachliwą legislacją marginesowych w sumie spraw i duchem wyhamowującej cywilizacji.

Obecne prawo autorskie obowiązuje 70 lat po śmierci autora – a zmarli nie piszą książek. Również teza, że pisarze piszą dla swoich prawnuków, a nie dla siebie – jest psychologicznie naciągana. Przeciętny komercyjny żywot dzieła to kilka, kilkanaście lat. Później jest na nim trudno zarobić i trzeba po prostu tworzyć nowe rzeczy. Czyli prawdziwi twórcy i tak nie mogą za długo spać. Beneficjentem długiego okresu ochrony są, co najwyżej, „kłótliwe wdowy” i Disney. Ale prawo chroniące Myszkę Miki jest i ma bardzo konkretne i złe konsekwencje dla reszty świata.

Kapitaliści sprzedali nam sznur
Popatrzmy zaś na statystyki dostarczone przez lobbującą na rzecz praw autorskich międzynarodową organizację WIPO. Trudno ich podejrzewać o wspieranie tez dążących do ograniczenia praw autorskich – z tego żyją. W swoim raporcie zatytułowanym z wyraźną tezą „Prawo autorskie + kreatywność = praca i wzrost ekonomiczny”, zawarli wiele wykresów pokazujących dla różnych państw porównania dochodu wytwarzanego przez „przemysł copyright” w stosunku do dochodu narodowego oraz poziom zatrudnienia.

WIPO jest organizacją stronniczą wiec wnioski, które wyciągają ze swoich danych są specyficzne. Na przykład wszędzie używają słowa „związek”, tam gdzie występuje w danych, co najwyżej korelacja. Na przykład, gdy pokazują, ze kraje o wysokim dochodzie na głowę maja tez wysoki procent przychodu wytwarzany w „przemyśle copyright”. Tyle, ze to nie jest prawda.

Bliższe przyjrzenie się wykresom pokazuje ze US i Australia maja rzeczywiście wysoki dochód i wysoki przychód z copyrightu. Ale Kanada, Finlandia i Singapur maja odwrotnie – wysoki dochód i NISKI przychód z copyrightu. A to akurat są kraje znane z innowacyjności i zaawansowanych technologii w stopniu nieproporcjonalnym do swojej wielkości.

Ale najciekawsze wnioski daje analiza wielkości „przemysłu copyright” – procent wytwarzanego dochodu narodowego. Wysokie wartości, to 10-12%, średnio to ponad 5%. Ale co zalicza WIPO do owego przemysłu? Otóż także takie dziedziny jak produkcja komputerów i telekomunikacja. Po odjęciu takich dziedzin wartość przemysłu rzeczywiście wytwarzającego wartości twórcze to raptem 1/3 tej kwoty. Pogrzebmy dalej.
Okazuje się, ze 2/3 z tego to prasa, TV, radio, kina, koncerty muzyczne, teatr... Żaden z tych przemysłów nie potrzebuje ochrony prawa autorskiego i nie boi się piratów, – bo wszystkie żyją ze specyficznego technicznie dostarczania treści użytkownikom. W jakim sensie teatr wrażliwy jest na piractwo?

Wychodzi na to, ze z działalności, która rzeczywiście wymaga ochrony wytwarza się średnio mniej niż 1% dochodu narodowego (2% w USA i Australii). A wszystko to dane o średniej wiarygodności i interpretowane stronniczo.

Wiara i statystyki
Można przywołać inne statystyki, ale pokuszę się o wnioski:
1. Założenie, że monopol twórców zwany „własnością” intelektualną przyczynia się do wzrostu kreatywności i innowacyjności gospodarki i społeczeństw jest oparte na wierze, a nie faktach.
2. Obecne prawo autorskie prawdopodobnie nie ma żadnego wpływu na rzeczywista sprawność i konkurencyjność gospodarki.
3. Kreatywność i innowacyjność w wielu sektorach gospodarki powstaje bez związku z ochroną „własności” intelektualnej lub, co jest bardziej prawdopodobne, pomimo.

Zbędne prawo
Podsumowując: nie jest pewne czy potrzebujemy w ogóle prawa autorskiego i patentowego (prawo przemysłowe jest ewidentnie potrzebne), a na pewno nadaje się one do gruntownej przebudowy z uwzględnieniem rzeczywistego tworzenia wartości dla społeczeństwa, a nie tylko dla wybranych, którzy korzystają z błędnych społecznie i wyłudzonych przywilejów.
Trwa ładowanie komentarzy...